fbpx

Birma i Birmańczycy

Birma to kraj, który po zakończonej podróży pozostawia wiele pozytywnych wspomnień. Nie sposób obojętnie i bez zauroczenia opuścić ten kraj. Birma jest różnorodna, ale nie ma nic ambiwalentnego. Jest spójna i piękna. To jak na Azję, średniej wielkości kraj – jest blisko dwa razy większa od Polski, a jej stolicą ku zaskoczeniu wielu osób, jest miasto o nazwie Naypyidaw. To kraj wielu atrakcji turystycznych, z bogatą historią i pięknym kolorytem, jest uroczo, ale przede wszystkim bardzo autentycznie.

Co w Birmie najbardziej mnie urzekło- Nie będę oryginalny, jak napiszę, że był nim uśmiech spotkanych ludzi, ich serdeczność, pogoda ducha oraz otwartość. Wprawdzie powyższe to stan umysłu większości mieszkańców Wschodniej Azji, ale w Birmie, istnieje jeszcze jakaś niewytłumaczalna wartość dodana. Jak dla mnie, Birma to kraj transcendentalnej magii i spokoju i przy okazji bardzo spójny. Zadziwiać może to tym bardziej, bo Birma to nie monolit a konglomerat ponad 130 narodowości tworzących kraj o dzisiejszej nazwie Myanmar. No właśnie Birma czy Myanmar? Początkowo był to dla mnie Myanmar, ale dziś po lekturach jest to Birma i tego się będę trzymał.

Rysą na pięknie Birmy, są ludzie tamtejszej -elity- od lat sprawujący władzę. Jednak to nic nowego, polityka i brudna polityka, której narzędziem są konflikty to wrzód całego świata. Dla mnie polityka niesie tylko i wyłącznie jeden pozytywny przekaz – konflikty, które zawsze generuje, pomagają w zrozumieniu świata. Choć z drugiej strony, może lepiej byłoby, gdybym nic nie wiedział i nie rozumiał….

Nazwa Birma, była używana od czasu, kiedy Brytyjczycy skolonizowali kraj. W 1989 roku sprawująca od lat junta wojskowa zdecydowała się na zmianę wielu nazw, w tym nazwę kraju na Myanmar. Według ich nowa nazwa miała -przyczynić się do powstania uczucia uwolnienia się od przeszłości kolonialnej-. Jednak to tylko demagogia, bo twórcami tej koncepcji byli przecież najbrutalniejsi generałowie rządzącej od lat junty wojskowej. To oni od lat zniewalali mieszkańców, do niedawna izolując kraj i walcząc z każdym wolnościowym porywem swoich obywateli. Sytuacja zmieniła się w pierwszej dekadzie XXI wieku. 2 maja 2008 roku przez kraj przetoczył się niszczycielski cyklon Nargis, który w jedną dobę doprowadził Birmę do ruiny. Liczba ofiar śmiertelnych mogła przekroczyć nawet 100 tysięcy, a ponad milion Birmańczyków, straciło dach nad głową. Cyklony to w je części świata nic nowego, leżący o krok od Birmy Bangladesz pustoszony jest przez tajfuny każdego roku a Birma raz na kilka lat. Paradoksalnie, czasem taki cyklon czy inna tragedia, ma swoje pozytywne oblicze, na przykład na Haiti, dzięki trzęsieniu ziemi zbudowano od podstaw nieistniejące wcześniej systemy wodociągów i kanalizacji. W Birmie skutki cyklonu zmusiły reżim do otwarcia na świat. Nie było to jednak proste i oczywiste, gdyż obawiano się ingerencji z zewnątrz. Generałowie zdali sobie sprawę, że takie otwarcie daje możliwości, poczuli szybko smak pieniądza i zdecydowali po cichu, że z każdego dolara międzynarodowej pomocy, przynajmniej połowę przygarną, lokując jej znaczną część we wspaniałych -bardzo pomocnych światu- szwajcarskich bankach.

Pomoc rzeczową dla Birmy, nie było łatwo również przekazać, władza decydowała się tylko na dary, która dają im bezpośrednie profity. Jedna z chińskich firm podarowała powodzianom kilkanaście tysięcy telefonów komórkowych, wszystkie jednak trafiły do elit, po czym sprzedane zostały na czarnym rynku. Z czasem, podjęto dalsze decyzje o otwarciu na świat, ułatwiono procedury wizowe, zniesiono kilka dziwnych przepisów wewnętrznych a kilka lat temu w Rangunie wylądowały samoloty linii Qatar i Emirates, co było już krokiem milowym otwarcia na świat. Nie jest to jeszcze pełne otwarcie, bo wystarczy spojrzeć na podróżniczą mapę Birmy. Widnieje tam szereg stref bezwzględnego zakazu wjazdu lub tak zwanego podwyższonego ryzyka. Skąd te strefy, o których rządowa strona Birmy wspomina, że są to tereny niebezpieczne- Podobnie jak w innych krajach świata i w Birmie bogactwa naturalne kraju, mogą być przekleństwem jej mieszkańców. Birmę zamieszkuje wiele grup etnicznych, najróżnorodniej jest na obrzeżach kraju. To tereny plemiennych mniejszości chińsko-tybetańskich. Niefortunnie dla nich, to najbogatsze w kamienie szlachetne tereny Birmy. To ziemie pełne jadeitu, złota, ale przede wszystkim rubinów. Szacuje się, że około 90 proc. rubinów pochodzi z Birmy, w wielu przypadkach są to rubiny bez skazy o najbardziej pożądanym odcieniu jasnej czerwieni. To na terenach północy kraju, na ziemiach grupy etnicznej Kaczinów znajdują się prywatne i mafijne kopalnie rubinów. Przez ziemie Kaczinów, prowadzi jedyna droga dająca Chinom dostęp do Oceanu Indyjskiego (z pominięciem cieśniny Malakka). Co więcej, przez ich tereny z bengalskiego wybrzeża Birmy prowadzą do Chin dwa rurociągi. Jeden pompuje importowaną ropę z Bliskiego Wschodu, drugim płynie gaz birmański.

Czy takie położenie pomaga lokalnym mieszkańcom- Nie. To wielkie utrudnienie i przyczyna niepokoju, która trwa na tym terenie od dziesiątek lat. Niepokój tego terenu to istotny element, rozgrywek Chin, które od kilku lat intensywnie inwestują w Birmie i prowadząc z nią interesy. Podobnie jest na pograniczu z Indiami oraz Tajlandią, gdzie również strony rządowe informują o zagrożeniu przed rebeliantami i przy okazji robią z niepiśmiennego wieśniaka niebezpiecznego terrorystę. Według rządu birmańskiego to na obrzeżach Birmy znajdują się strefy ryzyka, które przecież muszą być, bo to strefy, które garstka ludzi wykreowała na potrzeby ochrony własnych interesów. Tam nie ma wjazdu i koniec. Nie zezwalają na to przepisy, czyniąc z mieszkańców zakładnikami bogactwa swych ziem. To schemat polityczny mający miejsce wszędzie w świecie-warto mieć wroga, z którym trzeba walczyć, trzeba zrobić z niego terrorystę, wykazać się przy tym siłą i skutecznością, co pozwali dzierżyć latami ster władzy.

Wiele osób zastanawia się, czy odwiedzając Birmę nie wspomaga się reżimu, wyrządzając przez to krzywdę obywatelom. Według mnie-absolutnie nie. To nie Korea północna. W Birmie sytuacja dziś uległa poprawie, po kraju (niecałym) można swobodnie podróżować, warto stołować się w lokalnych restauracjach, korzystać z pomocy miejscowych ludzi oraz współpracować z prywatnymi i rodzinnymi biurami podróży. Dzięki temu można pomóc mieszkańcom, mimo że,generałowie reżimu faktycznie dalej kontrolują przemysł turystyczny, przez co duża część kasy wspomaga panujący system. Podróżowanie to wielka szansa dla mieszkańców takich krajów. Wielu mieszkańców, dzięki spotkaniu z obcym uczy się innego życia, języka, zmienia nawyki i myślenie. Jeszcze kilka lat temu w wieku domach zamiast turystyki zajmowano się narkotykami, bo Birma to drugi po Afganistanie producent opium na świecie. Uprawy maku w Birmie znajdują się przede wszystkim w przygranicznych stanach Szan i Kaczin, które zamieszkują (znowu) mniejszości narodowe. Birma to część tzw. złotego trójkąta, (w skład którego wchodzą również Laos i Tajlandia). Narkotyki trafiają głównie do Chiny i Oceanii, ale ostatnimi laty poradzono sobie z częścią problemu. To dzięki internetowi ( firmie google) na terenie północnej Birmy, zlokalizowała ogromne pola maku. Postawiono ultimatum, bez zniszczenia upraw wstrzymana zostanie cała pomoc międzynarodowa, która przecież trafiała też do kieszeni reżimu. Przekalkulowano, władzy opłaciło się, spalić tysiące hektarów pól maku ( z których upraw żyli też lokalni mieszkańcy), ale niemal automatycznie w kraju wzrosła liczba miejsc, gdzie produkowane są narkotyki syntetyczne ( czego firma google już nie widzi). Handel syntetykami przynosi większe zyski a produkcja ich jest jeszcze szybsza.

Jak widać, niepokoje Birmy nie biorą się z zagrożenia dzikimi plemionami czy bandytyzmu jej mieszkańców. Kamienie szlachetne, narkotyki i ropa, to trzy zmory mieszkańców Birmy, przez które tysiące ludzi żyje w strefie konfliktu bądź już zdążyło zbiec do chińskiego Yunnanu w poszukiwaniu ciszy.

Jednak to są głównie problemy prowincji, stref określanych jako zamknięte a przecież w Birmie mieszka aż 60 milionów mieszkańców. Rząd birmański uznał oficjalnie 135 grup etnicznych, które podzielono na osiem ras: Bamar, Czin, Kaczin, Kayah, Kayin, Mon, Rakhinja i Szan. O każdej z tych grup etnicznych napisano niejedną ciekawą książkę, to bardzo różniący się zwyczajami i wyglądem ludzie. Mieszkający na południowym wschodzie kraju Moni, są jednym z pierwszych narodów Azji posługujących się własnym pismem. To ludzie morza-od wieków żyli nad morzem i z morza. Jako nieliczni w świecie nie jedzą jajek, a to dlatego ze węże i żółwie są dla nich świętymi zwierzętami znoszącymi jaja. Na południe od Monów na rozproszonych wyspach Zatoki Andamańskiej, żyją Mokenowie zwani nomadami morza. To Cyganie o bogatym świecie wierzeń, u których podobnie jak w Zachodniej Afryce spotyka się szamanów i kapłanów odpędzających złe moce. Mokenowie to jedni z najlepszych nurków na świecie, według opisów, potrafią na bezdechu nurkować do głębokości osiemdziesięciu metrów i to w czasie do siedmiu minut. Do nurkowania zakładają okulary ręcznej roboty, obramówki do nich wycinając z drzewa, zabezpieczając je zwykłym szkłem obklejonym i uszczelnionym żywicą. Są inni od większości mieszkańców Birmy – są bardzo niscy i czarni, bardzo podobni do mieszkańców Onge z Andamanów. Mokenów zostało niewielu, są ginącym plemieniem odległych cywilizacji i jednym z jego ostatnich tchnień. Karenowie żyją wzdłuż granicy z Tajlandią, niektórzy znają zdjęcia kobiet o żyrafich szyjach. Są od lar skonfliktowani z rządem birmańskim, prowadzą najdłużej działającą partyzantkę guerille na świecie, starszą niż ta w Kolumbii czy Kongo. Karenowie są chrześcijanami, ale od wieków przed nadejściem misjonarzy, wyznawali religię o bardzo zbieżnym systemie wierzeń – wierzyli w jednoosobowego Boga Ywa, mieli mit kobiety narodzonej z żebra, mają swoją starą zaginioną księgę. Są bardzo dumni z tego wszystkiego. Wielu Kranów jest także Buddystami co czyni ich różnorodną grupą. Jak wszyscy w Birmie Karenowie uwielbiają żuć betel, i nigdy się z nim nie rozstają.

Na pograniczu północnym z Tajlandią oraz nad jeziorem Inle, żyją Szanowie-jest ich jedenaście milionów. Mają oni dużo podobieństw do Tajów i Chińczyków – makaron jedzą pałeczkami, mają swój własny język oraz bardzo zagadkowe pismo. Północ Birmy – tybetańskie tereny ośnieżonych Birmańskich Himalajów i pogranicze z Chinami oraz Indiami to ziemie Kaczinów. Ich stolicą jest miasto Myitkyina. Ich stan, to mało zaludniony, w znaczącej mierze odcięty od świata teren , za to słynący z jadeitu i złota. Kaczinowie są w większości chrześcijanami, choć z silnymi wpływami rdzennego animizmu. Od lat walczą o wolność od Birmy… a może inaczej,- wolność obiecali im wszyscy. Na początku byli to Brytyjczycy, ale wszyscy ich oszukali i Kaczin jest dalej częścią Birmy. Przez lata niepokojów wykreował najsprawniejszą partyzantkę Birmy, której główną kwaterą jest miasto Laiza. Walki rządu z Kaczinami, to nie jest zwykła wojna o ziemię, autonomię i prawa. To jest wojna o szerszym zasięgu – o to, kto będzie kontrolował zyski handlu z Chinami.

Wa, to kolejna duża grupa etniczna. Mieszkają na północy stanu Szan , w trójkącie Laosu, Birmy i Tajlandii. Do niedawna nazywano ich łowcami głów, (czyli taka samo jak mieszkańców stanu Nagaland w Indiach). bo zabitym wrogom ucinali głowy wieszając czaszki na swych płotach. Czinowie to najbiedniejszy lud Birmy. Zamieszkuje pogranicze z Indiami i Bangladeszem, to teren gór Arakijskich ale i częstych cyklonów, są też skonfliktowani z juntą birmańską, bo ziemie Czinów podzielono bardzo niesprawiedliwie, wielu Czinów ma swoich krewnych w Indiach do której mają problem z otrzymaniem wizy. Na południe od nich mieszkają Arakijczycy oraz Roghinja – bo tak zapisuje się nazwę tego stanu w języku pali, wymarłym języku nauk Buddy. To ten stan najwięcej zaznał spustoszenia od cyklonu Nargis, zresztą od lat podobnie jak Bangladesz jest najbardziej doświadczanym przez cyklony rejonem Azji a może i całego świata. Stolicą Arakarnu jest dziś Sittwe, miasto gdzie warto przyjechać, aby doświadczyć spotkania Buddyzmu z Islamem. Szanse na spotkanie turysty są w nim minimalne, waro odwiedzić w Sittwe targ oraz wielki port Zatoki Bengalskiej. Na ulicach miasta, co unikalne w skali światowej, znajdują się olbrzymie drzewa obwieszone tysiącami nietoperzy. Dawną stolicą Arakanu było Mrauk-U, magiczne miasto wielu zabytków, w których można przyjrzeć się życiu mnichów, którzy w Birmie są wszędzie.

Bo Birma to w 90% buddyzm i mnisi, którzy darzeni są ogromnym szacunkiem. Mnichów łatwo jest ich odróżnić od zwykłych mieszkańców-mają ogolone głowy i noszą kolorowe szaty. Nie posiadają na własność niczego oprócz szaty, miski na jedzenie, parasola i niezbędnych rzeczy osobistych.

Mnichem powinien być każdy, nawet przez jeden dzień, a prawo nakazuje by urzędy, firmy i instytucje państwowe udzielały na ten okres mężczyznom płatnych urlopów. Co ciekawe klasztor można porzucić i to do trzech razy, bez żadnych konsekwencji.

Większość mnichów, których spotykałem na ulicach krajów buddyjskich to młodzieńcy. Wielu mężczyzn zostaje mnichami po to, aby zdobyć dalsze wykształcenie, wstępują więc oni do klasztoru zaraz po szkole podstawowej, czyli wtedy gdy edukacja przestaje być darmowa. W klasztorach otrzymują dalsze wykształcenie, mając przy okazji zapewnione darmowe utrzymanie. Mnichem być to zaszczyt, awans społeczny a dla całej rodziny wielkie wydarzenie i szansa dla chłopca. Co ciekawe, panujący w Birmie zwyczaj powiada, iż matka nie powinna wydawać córkę za chłopca, który nigdy nie był mnichem. Dlatego buddyjskie klasztory pełne są mnichów ubranych w pomarańczowe i czerwone szaty. W Watach (czyli klasztorach) mieszkają dzieciaki w wieku od pięciu lat, starsza młodzież oraz dorośli mnisi. To w nich uczą się prawd buddyzmu, zgłębiają tajemnice nauk Buddy, medytują i pracują nad udoskonaleniem swojej karmy, która jest sumą dobrych uczynków, decydująca o przyszłym wcieleniu. Karma w uproszczeniu działa tak: postępujesz źle-zło wróci do ciebie i to całkiem prawdopodobne, że ze zdwojoną siłą, krzywdzisz człowieka-spotka cię coś równie złego lub jeszcze gorszego, zabijasz zwierzęta – nie zaznasz spokoju. Ta zła karma nigdy nie zostanie ci odpuszczona, bo w buddyzmie nie ma odpuszczania grzechów i rozgrzeszania, ale dobrymi uczynkami swoje złe czyny i karmę można odkupić co wiąże się z długotrwałą pracą zajmującą czasem całe życie. Mnisi i buddyści w przeciwieństwie do muzułmanów nie mają w zwyczaju namawiać kogokolwiek do zmiany religii. Twierdzą, że brak religii nie jest zły a istotne jest, żeby nie być przeciwko żadnej z religii. By zostać buddysta nie trzeba przechodzić żadnego rytuału wstępnego, jest to religia otwarta dla wszystkich, niezależnie od rasy, pochodzenia, klasy, narodowości, płci. Bycie buddystą polega na życiu według zasad, które przekazał ludziom Budda. Budda jest jednak jedynie nauczycielem, objawicielem prawdy, ale nie Bogiem.

Ostatnie lata to konflikt na linii Birma ( buddyzm)- Islam. Muzułmanie Birmańscy to Roghinja a przybysze muzułmańscy to głównie Bengalczycy z Bangladeszu. Bangladesz i Birma nie żyją w najlepszych stosunkach. Początków należy szukać w latach, gdy Birma była kolonią brytyjską. Kiedy w Birmie wybuchły pierwsze antybrytyjskie bunty, w Londynie zdecydowano, iż zarządcami wielu terenów Birmy zostaną Indusi ( mieszkańcy ówczesnych Indii i Bangladeszu ). Najliczniejszą grupą, którą skierowano do Birmy, zostali Bengalczycy, a więc mieszkańcy Bangladeszu. To odmienna etnicznie i religijnie populacja muzułmańska, która z czasem stała się przyczyną buntów oraz konfliktów w Zachodniej Birmie. Bengalczyków postrzegano jako wykonawców poleceń Brytyjczyków, lichwiarzy, złodziei a przede wszystkim uwodzicieli buddyjskich kobiet, które po zamążpójściu zmuszano do przejścia na Islam. To wszystko wzburzało niezadowolenie, tym bardziej że z roku na rok muzułmanów w Birmie było i jest coraz więcej. Sytuacja, do której doprowadzili Brytyjczycy, stała się ostatnimi laty zarzewiem konfliktu i rzezi ludu Roghnija-prześladowanej muzułmańskiej mniejszości zamieszkującej Birmę. Konflikt wydaje się nierozwiązywalny, pomimo iż w listopadzie 2017 roku podpisano porozumienie, które umożliwi uchodźcom Roghnija powrót do Birmy z Bangladeszu. Jednak wygląda to, jak fasada, bo każdy polityk w Birmie wie, że pomagając Roghinja i muzułmanom tylko straci, a walcząc z nimi tylko zyska.

Birma to arcyciekawy kraj. Jest bardzo różnorodna, ale nie tak trudna dla mnie do zrozumienia, jak na przykład Indie czy Chiny. Nie zgodzę się z nikim kto pisze złe słowa o Birmie czy jej mieszkańcach. Być może, aby zrozumieć ten kraj, trzeba być otwartym na człowieka, ale akurat w tym kraju samo to przyjdzie. Otwartość to podstawowy sens podróży, a Birma jest jej idealnym miejscem. Wkrótce do niej wrócę, aby poznać tereny północne i słynną, ale bardzo wyboistą drogę z dawnej stolicy Mandalaj do prowincji Mizoram w Indiach.