fbpx

Z Kabulu do Dżalalabad cz.1

Z Kabulu do Jalalabad i dalej Pakistanu cz. 1/2

Z Kabulu do granicy z Pakistanem teoretycznie można dostać się w pięć godzin. Jechałem tą drogą dwukrotnie, ostatnio w 2015 roku, jednak dziś podróż taką zdecydowanie odradzam ? jest tutaj bardzo niebezpiecznie, gdyż spotkać można zarówno Talibów jak i Daesh. Warto wiedzieć także, iż o ile dziś Pakistan stał się dziś krajem bezpiecznym, o tyle Afganistan zmierza ku kolejnej wojnie wszystkich ze wszystkimi.

Transport rozpoczyna się na wschodnich rogatkach Kabulu, gdzie oczekują na podróżnych autobusy, minibusy a także taksówki. Miejsce to, które trudno nazwać dworcem, dla niezliczonej ilości samochodów jest parkingiem a także złomowiskiem, bo niektóre z aut pamiętają czasy wojny z Rosją. Pomyślałem, iż dla wielu z nich Afganistan to ostatnie miejsce na drodze wędrówki przez świat, większość aut swój żywot zaczyna w zachodniej Europe, trafiając później do Polski, i na Ukrainę, jednego ze ?stanów? Centralnej Azji, dalej na przykład Iranu, kończąc swój żywot w Afganistanie i na tym oto placu. To miejsce ostatniego tchnienia motoryzacji. Wiele z aut to cudem poruszające się spalinowe anioły śmierci, trudne do wyobrażenia bez użycia fantazji.

Trasa Kabul ? Jalalabad i do granicy pakistańskiej ma ogromne znaczenie strategiczne. Jest to jedyna oficjalna trasa na północy kraju łącząca Pakistan z Afganistanem dla transportu ciężarówek. To nią od lat ciągnie się sznur pakistańskich zaplombowanych ciężarówek po to tylko, aby za chwilę wrócić do Pakistanu z tym samym, już przemyconym, towarem. Na mocy porozumienia rządowego towary do Afganistanu z portu Karaczi w Pakistanie są zwolnione z cła. Z Kabulu do granicy pakistańskiej jest jedna droga. W Kabulu rozgałęzia się i biegną dwie nitki na południe do Kandaharu i na północ na Mazar I Sharif. Tuż za rogatkami Kabulu, jadąc do Jalalabadu, rozpoczyna się stromy podjazd. Są miejsca, gdzie drogę poprowadzono dzięki użyciu dynamitu, przecinając na pół górę. Często wjeżdżałem w takie wąskie szczeliny, gdzie droga miała jedynie pięć metrów szerokości. Są tu podjazdy na około 20 stopni, jest niebezpiecznie, bywają obsunięcia ziemi i wypadki.

Droga przypomina cyrk – ciężarówki pakistańskie i afgańskie są niezwykle kolorowe, na ich podwoziu są lampeczki, świecidełka, obrazki imamów i wersety z Koranu. Często z ciężarówek dobiega muzyka hindi, co potęguje atmosferę taboru. W minibusach afgańskich nie ma limitu miejsc Pasażerowie są często kompresowani tak, aby weszło ich tylu, ile jest tylko możliwe. Jedyne, co jest tu przestrzegane, to zasada, aby obcy mężczyzna nie siedział obok nieznajomej dla niego kobiety. Dzieci, bagaży i zwierząt transportowanych kierowca nie liczy.

W połowie drogi zatrzymaliśmy się przy czajchanie na modlitwę oraz obiad. Jak zwykle w takim miejscu znalazły się maty z poduszkami a za stół służyła cerata. Tutaj nie używa się krzeseł i stołów, siada się na macie, opiera o poduszki i rozpoczyna ucztę. Obowiązkowym, tak zwanym starterem, jest herbata z chlebem zwanym ?nan?. Jest to placek podobny do spodu pizzy, wypiekany na zakwasie z dodatkiem mąki, soli i wody. Nan wypiekano w czajchanie w piecu o wyglądzie glinianej beczki ustawionej nad paleniskiem opalanym gazem z butli. Chleba bochenkowego, jaki spotykamy w Polsce, w Afganistanie nie kupimy. Po wzajemnych uprzejmościach poczęstowano mnie kawałkiem tłustego mięsa. Kiedy ledwo dałem radę go zjeść, sąsiad z prawej strony podarował mi swoją porcję a z drugi z lewej strony zapytał, czy coś jeszcze mi potrzeba. Było w tym jakieś niesłychane wyczucie, ale do tego się już przyzwyczaiłem w Afganistanie, gdyż tutaj niezwykle często ludzie mają wrodzoną zdolność do wyczuwania stanu psychicznego gościa. Trudno zapewne zrozumieć to osobie, która tu nie była, jednak Ci, co znają Afganistan, zapewne to potwierdzą. W czajchanie spędziliśmy ponad godzinę, gestykulowano, spierano się zupełnie nie wiem o co, ale nikomu się nie spieszyło. Czas biegnie swoim rytmem, ale jak wiadomo my Europejczycy mamy zegarki a Afgańczycy czas. Niektórzy jednak noszą też zegarki, ale służą one za ozdobę, gdyż w większości Afgańczycy, podobnie jak Afrykańczycy, nie planują nawet najbliższej przyszłości.
Dalsza trasa od czajchany w kierunku Jalalabadu przypominała już wyścig straceńców, aut wyprzedzających się na trzeciego, tak jakby jednak przypomniano sobie, że czas ma jakieś znaczenie. Mimo że dojazd do rogatek Jalalabadu powinien trwać godzinę, nam zajął on cztery. Opatrzność pokazała, kto nami rządzi.

?Cudowne? jednak są takie momenty w podróży, kiedy mamy wszystko już zaplanowane a nagle w aucie zrywa się zawieszenie i pojawia się problem z transportem. Taki kryzys w podróży nadaje jej jednak pewną dynamikę, przy okazji pokazując prawdę o mieszkańcach kraju. Kiedy wszystko jest w porządku, niewiele się dzieje, nie ma tego dramatyzmu, kryzysu czyniącego nas naocznym świadkiem zdarzeń. Po awarii samochodu wszyscy zaczęli dzwonić po swoich kuzynów, braci, stryjów i rodziny, aby przyjechali pod Jalalabad, odebrali nas i dowieźli do miasta. Nikt nie był zły a nawet zdenerwowany. Awarię przyjęto jako coś oczywistego, z pokorą a często i uśmiechem ? Insz Allach.